RSS
środa, 13 sierpnia 2008
Poziomka odnaleziona!

Uwaga, uwaga! Niemal rok od zagubienia, a pół roku od otrzymania listu z informacją o odnalezieniu... jest! Mój zielony ActionBent. Jeden z trzech rowerów zgubionych przez amerykańskiego przewoźnika w listopadzie 2007 roku. Odebrałem go z dworca autobusowego w NYC, manhattańskiego Port Authority Bus Terminal. W listopadzie zeszłego, tuż po powrocie z San Diego, bylismy częstymi gośćmi tego miejsca. Łudzeni obietnicami rychłego zlokalizowania i dostarczenia nam naszych ukochanych pojazdów, przez tydzień, z samego rana wędrowalismy na 625 8th Avenue...

Nic więc dziwnego, że w dniu mojego wylotu z Warszawy czułem lekki dreszcz emocji na myśl o wizycie w TYM miejscu. Miałem tylko parę godzin na odbiór zguby - samolot z Pragi był na miejscu rano, natomiast wieczorem miałem kolejny lot - do Limy, celu mojej podróży.

Swój pobyt w Wielkim Jabłku rozpocząłem od odstawienia poznanej w samolocie przemiłej Łotyszki Agnes w okolice lotniska La Guardia. Po drodzę pozdrawiało mnie mnóstwo osób, domyślam się, że Peruwiańczyków (miałem na sobie t-shirt z napisem w jęz. hiszpańskim "kocham Peru").

Po pożegnaniu towarzyszki podróży nie pozostało mi nic wiecej, jak wsiąść do pociągu linii D docierającej wprost pod nowojorski dworzec. Tak też uczyniłem. Na miejscu nie miałem problemu z odnalezieniem hali bagażowej Greyhounda. Po wręczeniu pracownikowi listu z marca 2008, oznajmiającego odnalezienie pudła z moim bajkiem, odczekalem 5 minut i... pojawił się! Nietypowe, z trudem znalezione w San Diego pudło po jakichś zabawkach Fisher-Price z całą pewnością kryło mojego pozioma. No, nie do konca krylo, bowiem z dziury w bocznej ściance pudła wystawała zielona rura - część ramy. Handtruck podjechał bliżej, chwycilem karton, rozerwałem... - w końcu jest!!! Byłem ogromnie szczęśliwy. Rower nie nosił śladów żadnych dodatkowyh uszkodzeń; za to ciągle pokryty byl warstwą kurzu z bezdroży pogranicza amerykańsko-meksykańskiego! Podpisałem protokół odbioru bagażu i oczywiście spytałem o dwa pozastałe nasze pojazdy. Afroamerykański pracownik stwierdził, że "to nie leży w jego kompetencjach" i kazał mi czekać na swojego kolegę. Po chwili gdzieś sobie poszedł. Jak zwykle całkowity brak kompetencji, czy nawet elemenarnego szacunku dla klienta. Przez 20 minut nikt, dosłownie NIKT nie pojawił się w hali. Ponieważ czas mnie naglił, a chcialem jeszcze odwiedzić moich przyjaciół, machnąłem ręką, okleiłem pudło ducktapem i ruszyłem w kierunku dwudziestejdziewiątej...

Nazajutrz byłem już na innym kontynencie, na innej półkuli; Fiorella, ja, moja poziomka i chaos peruwiańskiej stolicy... Ale to juz historia na kolejnego bloga. Zapraszam na Ekspedycję 2008, gdzie możecie poczytać więcej o moim pobycie w Peru oraz wyprawie Radka na Bałkany.



02:39, wyprawarowerowa
Link Dodaj komentarz »
środa, 12 marca 2008
Ciąg dalszy

O już marzec !!

 Otrzymalismy listy od Greyhounda w sprawie rowerów. Podobno sie znalazły. Niestety nie zdołaliśmy w terminie odpowiedziec pisemnie i wciąż nie wiadomo co sie stanie. Możliwe że nasze bajki zmienią się w żyletki niebawem. Ale mam dobre przeczucia.

 Umówiliśmy się też na wywiad radiowy do Radia Józef. Potem będziemy musieli ruszyć się w końcu zza biurek i ponękać TVN , który obiecał nam audycje. Po drodze pozostanie dwa artykuły, spotkanie w ratuszu z panią Prezydent. 

Troche opuściliśmy sie po wyprawie ale obiecuje że wnet wrócimy do formy. Ja nawet rozpocząłem pracę nad montażem reszty nagrań. Już niedługo powinny sie ukazać w sieci.

Obliczyłem dystans który pokonaliśmy przez USA (cała zachodnie wybrzeże) - 3,5 tys km. Zajeło nam to czas od września do listopada 2007 (włączając wylot, parenaście dni w NY, przerwy w trakcie trasy, etc etc.) Wydaje sie tez że wydaliśmy 1,5 raza wiecej niż zgromadziliśmy funduszy. Choć takiego rachunku nie prowadziłem.

10:07, wyprawarowerowa
Link Dodaj komentarz »
sobota, 05 stycznia 2008
artykuł o wyprawie

Minął ponad miesiąc od zakończenia Ekspedycji 2007 - czas zatem na małe podsumowanie. W trakcie trwającej blisko 3 miesiące rowerowej eskapady po Zachodnim Wybrzeżu USA, młodzi śmiałkowie - Grzegorz Tarnowski, Agata Biesiada i Radosław Dumania pokonali przeszło 3 tys km. To nie pierwsza ich wyprawa - w poprzednich latach podróżnicy byli już m.in. na Islandii i w Krajach Bałtyckich. Tym razem swoja trasę rozpoczęli przy granicy amerykańsko - kanadyjskiej, nieopodal Seattle, zakończyli zaś w meksykańskiej Tijuanie.



Image

Szosami, górskimi szlakami, a niekiedy nawet autostradami docierali do kolejnych punktów swojej trasy - m.in. lasu deszczowego Hoh, położonego wysoko w Górach Kaskadowych Crater Lake, gigantycznych sekwoi w Parku Narodowym Redwoods, czy najniżej położonego a zarazem jednego z najgorętszych miejsc zachodniej półkuli - Doliny Śmierci. - Najcięższy do pokonania był odcinek trasy wiodący przez Góry Kaskadowe w Oregonie - wspomina Grzegorz Tarnowski. - Przez dwa dni pod rząd musieliśmy pchać nasze rowery pod gorę. Na koniec zrobiło sie bardzo zimno i zaczął padać śnieg. Jednak widok ze szczytu, który zapierał dech w piersiach, był tego wart.



Image

Podróżnicy nie omieszkali także przespacerować sie aleją gwiazd w Hollywood oraz spróbować swojego szczęścia w kasynie w Las Vegas. Do osiągnięcia podróżniczego sukcesu młodzi rowerzyści wykorzystali: - 5 rowerów, w tym dwa nowatorskie rowery poziome, - osiem dętek, - dwie opony, - cztery komplety klocków hamulcowych; ponadto wybudowali jeden most i raz wykąpali sie w Atlantyku oraz wyjątkowo zimnym Pacyfiku.



Image

Przedsięwzięcie spotkało sie z uznaniem osobistości - honorowy patronat sprawowali Ambasador USA w Polsce Victor Ashe i Prezydent m.st. Warszawy Hanna Gronkiewicz-Waltz. Partnerem finansowym Ekspedycji 2007 było Wydawnictwo Demart, medialnym - portal wewte.pl oraz Google Polska. Młodzi podróżnicy maja już plany na przyszły rok. Tym razem będzie ich można spotkać na bezdrożach środkowej Azji.

 

Autor G.Tarnowski

Źródło: http://www.demart.com.pl/index.php?option=com_content&task=view&id=548&Itemid=37 

18:15, wyprawarowerowa
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 24 grudnia 2007
Wesołych Świąt!!

Hey,

 Dziś 24 grudnia. Pierwszy wpis od paru tygodni. Wszyscy pracujemy, odrabiamy straty po wyprawie i planujemy nastepne.

O rowerach słuch zaginął. Liczymy na to że Greyhound zrobi kiedyś inwentaryzację w swoich magazynach i wtedy się znajdą.

 Życzymy wszystkim udanych świąt BN. Żeby zdrowie dopisało, stół był pełen, prezenty się podobały. A na Nowy Rok - dużo km spędzonych na rowerze.

 

 

 

13:00, wyprawarowerowa
Link Dodaj komentarz »
sobota, 01 grudnia 2007
WMK umiera śmiercią naturalną

Dzisiaj byłem na Warszawskiej Masie Krytycznej. Zimno, ale ubrałem się w pare warstw.

przyjechało troche ponad 100 osób. Widziałem dwie poziomki. I jak patrzyłem na te poziomki to ścisneło mnie gdzieś w gardle i smutno mi się zrobiło niezmiernie ;-(

 

I tak sobie pomyslałem : Warszawska Masa Krytyczna umiera. Jak zaczynaliśmy jeździć na nią 4 lata temu, poruszała się szybko, miała w poważaniu policjantów, luźno interpretowała prawo o ruchu drogowym. Było zastawianie kierowców, były plany budowy platformy rowerowej. I coraz wiecej reguł, organizatorzy przemienili sie troche w takich strażników, jeżdżą teraz z lizakami, radiami CB. Królują sztywne zasady, nie można wyprzedzać kolumny, jechać pod prąd i ta drażniąca prędkość - chyba już Czajnik stracił parę. No i szczyt szczytów - samochód na usługach przejazdu. Ideał sięgnął bruku.

Wolę Mase w San Fran. Poprzebierani rowerzyści, dużo hałasu, muzyka, w powietrzu marichuana. A eskorta policji nie "z urzędu" ale "w wypadku rozruchów". To jest to !!!!

Ale to norma - podobnie było z ruchem Provo w Holandii Najpierw głęboka kontrkulturowość i anarchizm, a wraz ze wzrostem znaczenia społecznego instytucjonalizacja i dojście do władzy politycznej. Czyli kiedyś Czajnik i Rafii zostaną ministrami od spraw transportu ;-) No dobra ministrem i viceministrem. Umieracie Panowie, umieracie!

 

A, wielkie dzięki dla Agnieszki!!  Nieznana dziewczyna pożyczyła mi rower tuż przed Masą. Przez grono się skontaktowaliśmy. Trochę był za mały, ale stan fantastyczny - widać że dziewczyna zna się na mechanice.

Miałem dziś dzwonić do ambasady i pogadać z panią Hillary Renner, która w naszej sprawie dzwoniła do Greyhounda. Niestety zapomniałem o tym. Załatwie w poniedziałek.

Powoli uzupełniam fotki na Picassie , mapuje zdjęcia żeby wszystko było jak najlepiej poukładane. Agata tylko nie przysyła mi nowych fotek ani filmów, pewnie ma dużo innej pracy. Ja ściągnałem już wszystko co miałem na swoim FinePixie (którego i tak nie planowałem używać podczas ekspedycji)

 Pozostanie jeszcze do zrobienia mapa wyprawy na Google Maps. Obecnie jest w strasznym stanie. Nie czuje sie zbyt pewnie przy tym zadaniu, zresztą chyba nie należało nigdy do moich zadań, wiec  poprosze Grześka o pomoc w tym. Chciałbym żeby do wtorku/środy wszystko było gotowe i żebym mógł zająć się już tylko montażem video. 

 

Uff, ale sie rozpisałem. A miało być kilka zdań tylko. 

00:30, wyprawarowerowa
Link Komentarze (5) »
piątek, 30 listopada 2007
This is the end ???
Wyprawa zakończyła sie 11 listopada. Właśnie wtedy wsiedliśmy do autobusu Greyhound w San Diego. Mieliśmy spokojnie dojechać do Nowego Jorku, odebrać ze Stamford nasze stare rowery i 16 listopada wylecieć do Warszawy. Jednak nie wszystkie rzeczy potoczyły się zgodnie z planem. Również ucierpiał na tym nasz blog nie bedąc systematycznie aktualizowany.

Ale po kolei.



W San Diego rozmontowaliśmy rowery, zapakowaliśmy do kartonów, wykupiliśmy ich przewóz "shipping", sami wsiedliśmy do autobusu Greyhound. I ruszyliśmy. Jechaliśmy długie trzy dni. W międzyczasie odebraliśmy email od Randego z ActionBenta. Wysłał nasze stare rowery (mój i agaty) , ale jak sprawdziliśmy na stronie UPSu rowery miały dojść do Stamford 16 listopada czyli w dzień naszego wylotu. Trochę się spóźnił i już wiedzieliśmy że będziemy mieli wielkie trudności z wyrobieniem się czasowo.



W Nowym Jorku czekała nas kolejna niespodzianka. Po wyładowaniu naszych bagaży z autokaru okazało się, że nie ma kartonów z rowerami.... Greyhound po prostu je zagubił. Byliśmy gorzej niż wściekli!!

A do odlotu pozostawało niewiele czasu. Mieliśmy dwa wyjscia- albo wyleciec zgodnie z terminem spisując już troche na straty nasz sprzęt albo pozostać pare dni dłużej i zrobić wszystko żeby wymusić na Greyhoundzie skontrolowanie naszej sprawy - obojętność z jaką się spotykaliśmy ze strony pracowników była krótko mówiąc wkurwiająca. Byli odpowiedzialni za przewóz naszego sprzętu z jednego na drugie wybrzeże i poprostu go zagubili. Dali ciała naszym kosztem.

Zostaliśmy wiec tydzień dłużej, dzięki wielkiej pomocy Polskich Linii Lotniczych "LOT" przy zmianie rezerwacji biletów "w ostatniej chwili".


Również UPS nie pokazał wielkiej klasy. Rowery doszły do Stamford w terminie, jednak ktoś - zgodnie z relacją firmy-odmówił przyjęcia paczek ze względu na to że były one uszkodzone. Było to oczywistą nieprawdą, gdyż nikt nawet nie był w tym czasie w domu. Rowery zostały cofnięte do magazynu w Norwalk nieopodal miasta. Oczywiście ich celem miał byc powrót do nadawcy. Udało nam sie przechwycić jeden z nich. Przypadkiem w kartonie był mój rower.

Wróciliśmy więc z jednym rowerem. Drugi stoi z powrotem pod schodami w ActionBencie w Redmond, a trzy najprawdopodobniej podróżują gdzieś po USA różnymi autobusami linii Greyhound.

Rowerów szukamy obecnie z pomocą ambasady i konsulatu. Firma Greyhound w przypadku odnalezienia ich zobowiązuje sie do przesłania ich do Warszawy na własny koszt.





"wróciłem do domu w niedziele 25 listopada, próbuje sie przestawić na czas polski od paru dni, ale wciąż zasypiam ładnych pare godzin po północy. smuci mnie brak rowerów, ale wiem jak bardzo bezsilny jestem w tej sytuacji. wiem jedno, nikt mi nie zabierze 3200 km ktore pokonalem dzieki wlasnej sile uporowi i fantazji, zawsze bede pamietal przejazd przez Doline Śmierci, sesje zdjęciową przy Golden Gate, Mase krytyczną w San Francisco, Johnna Millera i jego chatkę, Eda Gudersona z Creswell, impreze u Krisa, niedzwiedzia który zabrał nam sakwe, niesamowite Crater Lake, napis Hollywood, który był na wyciągniecie ręki, wszystkich policjantów przeganiających nas z parków miejskich i wiele innych niesamowitych historii jakie przeżyliśmy przez te dwa miesiące"

06:36, wyprawarowerowa
Link Dodaj komentarz »
Tijuana

Amerykanie stawiaja mur na granicy meksykanskiej. Ma ulatwic kontrole nad migracja meksykanczykow. Przez mur widac juz zupelnie inny swiat. Domy z blachy i dykty, duzo dzieci, przekupna policja a nad wszystkim powiewa ogromna flaga Meksyku.

Tijuana
Nawet jak nie chcesz do Meksyku to i tak tam pojedziesz ;-)
Z amerykanska wiza jest tak ze jak ja masz to dobrze ;-) Ale jesli przekroczy sie granice Meksyku, celnik zabiera wize z paszportu i przy ponownym wjezdzie daje nowa karteczke. Czyli przekraczajac granice narazamy sie na strate 6 miesiecznego pozwolenia na pobyt w USA i w zaleznosci od celnika wracajac możemy otrzymac inny okres pozwolenia na pobyt.
Ale i tak przez pomylke wjechalismy do Meksyku. Wystarczylo niechcacy zjechac na autostrade do Tijuany, przejechac 300 metrow i juz tam bylismy. Bez zadnej kontroli granicznej!

Pokrecilismy sie troche po Tijuanie. Dużo samochodów, bezład na ulicach, policja próbuje kierować ruchem. Chaos jak był tak jest. A na ulicy ten wygrywa kto mocniej trabi!!
Ale najbardziej fajna sprawa spotkala nas pozniej. Wracajac pomylilismy troche droge do przejscia granicznego. Wjechaliśmy na drogę szybkiego ruchu. Zatrzymał nas pierwszy napotkany patrol policyjny, jeden z tych odpowiedzialnych za kierowanie ruchem. Nie do końca wiedząc o co im chodzi zatrzymaliśmy się po prostu na środku jezdni. Chwile później podeszła do nas policjantka. Zaczęła mówić po hiszpańsku. Nikt z nas nie zna tego języka. Agata w miare bezbłędnie rozszyfrowała słowa: "rapido" znaczy szybko, "tu" znaczy ty. Czyli że albo my jedziemy za szybko (sic!) albo wjechaliśmy na droge szybkiego ruchu. Słowa "ticket" i "police station" nawet wymawiane z hiszpańskim akcentem łatwo zrozumieć.

Prawdopodobnie jedynie jeden dolar w portfelu Grześka uratował nas przed koniecznością udania się na komisariat. Widząc go policjantka straciła chyba też nadzieje na łapówke.

W czasie naszej blisko 10minutowej rozmowy z panią policjant okrązyło nas kilkoro dzieci. Zaczeły bawić się pedałami, dotykać i ciągnąc za sakwy, kopać w koła. Potem podszedł jakiś pan i próbował sprzedać mi gitare.

Chcieliśmy jak najszybciej znaleźć się w Stanach. Do USA wielka kolejka samochodow. Im blizej terminalu tym wieksze zageszczenie straganow. napoje, ciastka, slodycze, owoce, sombrera, pancza, gitary. Tak jakby ktos puscil po koronie stadionu 10-lecia trzypasmowa ulice.
Do przejscia dla aut nie wpuscili nas. Musielismy cofnac sie do przejscia granicznego dla pieszych. Odstalismy swoje, przeszlismy kontrole, celnik spojrzal tylko w paszport nie sprawdzajac nawet wizy. Spytal po co i dlaczego jedziemy i juz bylismy w USA.
06:35, wyprawarowerowa
Link Dodaj komentarz »
San Diego


Grzesiek nocowal tutaj Na placu zabaw w jednej ze zjezdzalni.
Ja z Agata postanowilismy poszukac innego miejsca. Po drugiej stronie mostu palilo sie ognisko. Okazalo sie ze stoi tam baaardzo duzo namiotow. Jeden wiecej nie zrobil nikomu roznicy. Okazalo sie ze to jest jakas impreza organizowana przez amerykanska fundacje walki z rakiem piersi. Kobiety chodzily dookola jeziora codziennie i za kazda mile ktos wplacal pieniadze na fundacje. Tego sie dowiedzialem od dwoch mlodych wolontariuszek. Kto i gdzie wplacal tego nie wiem.
A nocleg byl tutaj .
Wstalismy rano (6.00), zwinelismy sie i zaczelismy procedure budzenia Grzeska. Wyruszylismy o 9tej ;-)
Przemknelismy przez San Diego. Miasto dzieki swojemu polozeniu jest waznym portem wojennym amerykanskiej floty. Akurat jak przez nie przejezdzalismy witani/ albo zegnani byli amerykanscy marynarze. Na ulicy wiwatowali ludzie, flagi narodowe powiewaly w powietrzu, a mysmy sobie przejechali po prostu na rowerach zmierzajac w strone granicy Meksyku. Po drodze ogladalismy jeszcze jakas stocznie.
06:34, wyprawarowerowa
Link Dodaj komentarz »
piątek, 23 listopada 2007
DOOWYLLOH
Wow!!

Jesteśmy nad literami Hollywood!!!

I to na rowerach. Jest tutaj stacja przekaźnikowa na szczycie.
Straszna mgła, jest 9 rano. Litery odgrodzone są od drogi siatka więc nie uda się na nie wejść. Wszędzie kamery.

Kurde. Udało się nam!

Zjechaliśmy Mulholland Drive do centrum Hollywood. Obejrzeliśmy Universal Studio- strasznie kiczowate, parę butików, fast foodów, nic specjalnie ciekawego. Karnet wejściowy do samego studia kosztował ok 20 dol więc odpuściliśmy sobie. Hollywood Blv. też niczym nie zaimponował. Na chodnikach są gwiazdy i nazwiska, ale ogólnie nie ma tam nic ciekawego do oglądania.
A w McDonaldzie na dodatek dochodzi do bójek.

Przeszliśmy się bulwarem, zrobiliśmy parę fotek. I pojechaliśmy na Beverly Hills 90210.

Dylana nie było w domu. Pokręciliśmy sie więc po legendarnej dzielnicy. Palmowe aleje, wielkie żywopłoty szczelnie ukrywąjace luksusowe wille. Powiało trochę splendorem, ale tylko trochę.
19:50, wyprawarowerowa
Link Komentarze (2) »
czwartek, 22 listopada 2007
Clooney i Brad Pitt
Pomiędzy Palmdale a Los Angeles stoją góry. Trzeba wdrapać się na parę tys. stóp, a potem zjechać w dół. W zasadzie cały dzień ciężkiej jazdy. Ale przejechaliśmy.

W okolicach napisu Hollywood przydarzyła nam się ciekawa historia.
Probowaliśmy dojechać do liter, a że było już ciemno, postanowiliśmy zbliżyć się jak najbliżej napisu, rozstawić namiot i dopiero rano rzucić na nie okiem.

Górę zaatakowaliśmy od strony Griffith Park. Co prawda wjazd był zakazany po 8 pm. ale w górę jechało dużo samochodów, więc zlekceważyliśmy tabliczkę. Zatrzymał nas dopiero ochroniarz tuż przed Obserwatorium. Zakazał dalszej jazdy. Trwała jakaż impreza dla VIP-ów. Na szczęście dla nas, po drugiej stronie góry ochroniarzem był Chińczyk. Nie kumał za dużo i bez problemu dojechaliśmy do obserwatorium.

Wyglądało nieźle - dużo fajnych samochodów, chłopcy od odbierania pojazdów. Grzesiek z Agatą poszli do obserwatorium. Brakowalo tylko zaproszenia, żeby na własne oczy zobaczyć George'a Clooneya, Brada Pitta, czy jakiegoż sławnego reżysera.

Zmęczeni, ruszyliśmy drogą po zboczu w stronę liter. Paręset metrów za obserwatorium rozstawiliśmy namiot i poszliśmy spać.

- Step out of the tent.
Cóż, nie miałem wyjścia.
- Hello, how are You. I just wake up. - odparłem wychodząc ze śpiwora.

-Show me your hands. Want to see your hands. Do You have any gun?

- No, im clear. - powiedziałem rozsuwając drzwi namiotu.
Pokazałem strażnikowi puste ręce.

Sytuacja zdawała się być poważna. Przed namiotem Agaty stał strażnik parku z ręką na kaburze. Za nami drugi strażnik dzierzył kij w dłoniach. I znów trzeba się było tłumaczyć. Strażnik kazał nam się zwinąć, zajrzał jeszcze do namiotów czy nic podejrzanego nie trzymamy, postał dopóki nie złożymy namiotów i pojechał namierzać kolejnych podejrzanych.

Wykorzystał na nas chyba wszystkie procedury jakich nauczył się w szkole dla strażników parkowych ;-)
23:31, wyprawarowerowa
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6

Kontakt do nas: wyprawarowerowa@tlen.pl